Jak poznałam twojego ojca
Na każdym, nawet najbardziej artystycznym wydarzeniu celebrującym sztukę audiowizualną muszą znaleźć się feel-good movies – inaczej byśmy się zapowietrzyli. W konkursie 1-2 Warszawskiego Festiwalu Filmowego, czyli sekcji poświęconej początkom reżyserskich karier, takim tytułem okazała się być druga pełnometrażowa produkcja norweskiej reżyserki Janicke Askevold, “Solomama”.
W centrum opowieści mamy Edith (Lisa Loven Kongsli), czterdziestoletnią dziennikarkę oraz matkę pięcioletniego bąbelka poczętego dzięki anonimowemu dawcy spermy. Niewinna rozmowa z przyjaciółmi prowokuje kobietę do refleksji na temat samotnego macierzyństwa oraz tego, jakim człowiekiem stanie się jej syn, kiedy dorośnie – i ile będzie miał cech nieznanego mu ojca. Edith powraca do dokumentów z profilem dawcy i do nagrań audio, które ten wysłał agencji w procesie “rekrutacji”. Słuchając jego wypowiedzi zaczyna subtelnie (jeszcze) fantazjować i dopisywać do słyszanych słów znaczenia. Zanim się obejrzymy kobieta będzie już dysponować jego danymi i buszować po Facebooku, przeglądając sweet focie i drążąc kolejne rejony wyobraźni. To jednak ciągle będzie za mało – natrętne myśli i ciekawość nie dadzą jej odpoczynku. Wykorzystując fakt, że Niels (Herbert Nordrum) jest znanym twórcą gier komputerowych, zaproponuje mu wywiad dla gazety w której pracuje. Wzajemne zainteresowanie, choć motywowane zgoła innymi powodami, staje się zapalnikiem do kolejnych spotkań – i do brnięcia przez naszą bohaterkę w absurdalne kłamstwo.
Askevold bardzo zgrabnie bawi się elementami komedii romantycznej. Ileż to znamy tego typu historii z amerykańskich, mainstreamowych filmów, gdzie kłamstwo zawiązywało akcję, miało być źródłem interakcji, żartów, a finalnie, po demaskacji, przeprosinach i wybaczeniu, stawać się katalizatorem związku? Czy jest bardziej sprawdzony przepis na hollywoodzki hit? Wiemy doskonale, że prędzej czy później Niels odkryje prawdę – zapewne zadecyduje o tym przypadek, a nie szczera rozmowa, w końcu kino rozrywkowe nie ma za zadanie naprawiania świata. Tym razem jednak jesteśmy w Norwegii, choć film jest w zasadzie łotewsko-norwesko-litewsko-finlandzko-duńską koprodukcją. Możemy zatem spodziewać się ambitniejszych rozwiązań fabularnych.

Choć historia wydaje się być prosta, nie jest tylko zabawą w antykomedią romantyczną. Reżyserka przede wszystkim przygląda się samotnemu macierzyństwu, sytuacji gdzie kobieta pragnąca dziecka nie spotkała partnera, z którym mogłaby założyć rodzinę. Edith ponadto mieszka z popadającą na demencję matką, Dorte (Celine Engebrigtsen), co buduje dodatkowy wymiar opowieści – jej matriarchalny, wielopokoleniowy aspekt. Jak – i czy w ogóle brak męskiego pierwiastka wpływa na kompletność rodziny? Jak wygląda życie kobiet, które zdecydowały się urodzić dziecko dzięki bankowi spermy – i wychowywać je samotnie? Ile razy patrząc na pociechę będą szukać w niej cech osoby kompletnie im nieznanej? Askevold bawi się także wymiarem etycznym nieco nas prowokując. Wiemy doskonale, że kłamstwo Edith jest niedopuszczalne, a mimo tego razem z nią wyczekujemy kolejnych spotkań, dając ponieść się konwencji i finalnie ulegając pokusie rozpatrywania tej historii według dobrze nam znanych schematów.
Drugiemu filmowi norweskiej reżyserki do pełni szczęścia brakuje precyzyjnej eksploracji obszarów zaledwie liźniętych – punkt ciężkości opowieści bowiem zbyt często leży po stronie romantycznej intrygi. Tytuł ten jednak broni się chociażby aktorskim duetem: Lisa Loven Kongsli i Herbert Nordrum odczarowują kreacje tworzone przez Meg Ryan i Toma Hanksa w naiwnych historiach o miłości. “Solomama” czaruje także niesztampowymi, dojrzałymi rozwiązaniami fabularnymi, które pozostawiają nam przestrzeń na refleksję. Oraz cudownym, niepodrabialnym nordyckim klimatem i humorem, które “robią dzień”.