Tylko nie mów nikomu
Czy brak reakcji na zło, jest z nim równoważny? Dlaczego kobiety chronią swoich partnerów wykorzystujących ich wspólne dzieci? Jak powinna wyglądać i zachowywać się ofiara przemocy seksualnej? I, last, but not least, jak oswajać traumę? Na te i inne pytania próbuje odpowiedzieć „absolutna” pełnometrażowa debiutantka, Kamila Tarabura, w swoim filmie Rzeczy niezbędne sięgając do reportażu Mokradełko Katarzyny Surmiak-Domańskiej.
Rzeczy niezbędne to historia trzech kobiet. Ada (Dagmara Dominczyk) jest mieszkającą w Hamburgu reporterką wojenną. Choć znajduje się w zaawansowanej ciąży, wydaje się żyć gdzieś poza obecną sytuacją i zbliżającą się rolą matki. Dlatego też, kiedy dostaje tajemniczą przesyłkę: książkę napisaną pod pseudonimem, z osobistą dedykacją autorki i jej numerem telefonu, a następnie zostaje poproszona o dość nietypową przysługę, podchodzi do prośby zadaniowo – kierowana po części ambicją i zawodową ciekawością, po części potrzebą weryfikacji swojej przeszłości – pomoc implikuje bowiem powrót w jej rodzinne strony. Autorką książki jest Roksana (Katarzyna Warnke), żona Adama (Andrzej Konopka), matka dwójki dzieci, ofiara molestowania seksualnego ze strony własnego ojca. Chce, żeby Ada, posiadająca dar zaskarbienia sobie zaufania kompletnie obcych osób, nakłoniła jej matkę, Karolinę (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik), do spowiedzi: przyznania się, że ta wiedziała o tym, co robił jej mąż.

Debiut Tarabury ma fakturę rasowego thrillera. W końcu gwałt, szczególnie na dziecku, to horror niesiony przez resztę życia. Grozę budzą tu same postaci, po których, nie licząc Ady, nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Uśmiechy w ułamku sekundy zmieniają się we wrogie spojrzenia, miłe słówka w syczące obelgi, prawda w kłamstwo. Nie ma tu ani jednej stałej, na której można stanąć i złapać równowagę. Nie o wygodę zresztą reżyserce chodzi. Ten film ma boleć, tak jak boleć powinno pomaganie katowi i budowanie pozorów przed otoczeniem. Nie sposób nie myśleć o Rzeczach niezbędnych w oderwaniu od dokumentalnego debiutu Christine Angot, francuskiej powieściopisarki, dramatopisarki i scenarzystki. Jej Rodzina, mająca premierę podczas 24. edycji festiwalu Nowe Horyzonty w sekcji Odkrycia, to przede wszystkim bezkompromisowa konfrontacja z macochą, celem zmuszenia jej do zeznania przeciwko ojcu reżyserki, który zgwałcił ją pierwszy raz, kiedy ta miała 13 lat. Z drugiej strony film jest walką o odzyskanie przez autorkę sprawiedliwości po społecznym linczu związanym z autofikcyjną powieścią Kazirodztwo (1999), dobitnie pokazującym bierność otoczenia wynikającą z niszczycielskiej mocy tabu.
Kiedy Angot opowiada swoją historię, jej ojciec już nie żyje. Podobnie jak nie żyje ojciec Roksany, czy Sylvii, bohaterki Pamięci (2023) Michela Franco, zagranej brawurowo przez Jessicę Chastain. Wszystkie te tytuły łączy zarówno seksualne predatorstwo ojca, jak i chroniące go wyparcie jego czynów przez matkę. Nieco dzieli wizerunek ofiary. O ile Sylvia wpisuje się w ramy pewnego stereotypu, wyglądając jak szara myszka w ciemnych, nieprzyciągających spojrzeń ubraniach, unikając jakichkolwiek konfrontacji i relacji z mężczyznami, o tyle Roksanie zdecydowanie bliżej do legendarnej Sary Tobias z Oskarżonych (1988) Jonathana Kaplana. Jest prowokacyjna, nieobliczalna, nosi obcisłe i krótkie sukienki, zdradza męża, a najważniejsze: nie budzi sympatii, a zatem trochę trudniej jej współczuć. Krzyczy przy tym wyjątkowo głośno o swojej krzywdzie, podnosząc rękę na święty, stworzony przez patriarchat archetyp ojca. Zaś ulepiony na wzór i podobieństwo mężczyzny matriarchat, pomaga zamiatać brudy pod dywan: „Tylko nie mów nikomu”, chciałoby się zawtórować tytułowi reportażu braci Sekielskich. Daleko tej sytuacji do kobiecej solidarności z Głosów kobiet (2022) Sary Polley, ale przecież i tam przyzwalające na krzywdę milczenie miało swoją materializację w postawie Szramy Janz granej przez Frances McDormand.

Tarabura nie próbuje nikomu schlebiać, odcina się od trendu pozytywnej identyfikacji z postacią jako czynnika warunkującego emocjonalne wejście w historię. Razem ze współautorką scenariusza, Katarzyną Warnke, bohaterów konstruuje konsekwentnie i spójnie, przyglądając się częściej temu, co niewypowiedziane, niż temu, co wykrzyczane. Temu, jak nałożone na potrzeby ochrony własnego „ja” maski kaleczą to, co pod nimi. Roksana jest w stanie poświęcić wszystko, żeby usłyszeć od matki prawdę. Karolina wszystko, żeby tej prawdy nie powiedzieć. Ada zaś, tkana najsubtelniej, mierzy się z lękiem związanym z macierzyństwem, który jest porośnięty wspomnieniami alkoholowego domu. Dynamika relacji między kobietami to chaos, opary absurdu, nieznany kierunek. Mimo mocnych akcentów, dosadnych słów, pozbawionych czułości zachowań, reżyserka zostawia też miejsce na niedopowiedzenia, na interpretacyjną przestrzeń dla widza. To, co niewypowiedziane, dotyka także nas. Razem z bohaterkami tkwimy w zawieszeniu: między przeszłością, która zdeterminowała całe życie, a przyszłością, która ma dać oczyszczenie. Warnke, Dominczyk i Hajewska-Krzysztofik tworzą kolejne bezbłędne kreacje aktorskie, bez których ten film nie kopnąłby tak mocno w trzewia.
Ada, wyjeżdżając na wojenny reportaż, zwykła zabierać ze sobą tylko rzeczy niezbędne: walizka musi być lekka, nie przeszkadzać w działaniach. Jej rola w opowieści Tarabury jest znacząca: ma być świadkiem, poręczycielką prawdy dla kobiety traktowanej częściej jak wyrachowana atencjuszka, niż zagubiony w chaosie traumy człowiek ze zniekształconym systemem komunikacji z otoczeniem. To zatem także film o reporterskim posłannictwie, powinności wobec ofiar, konieczności łamania tabu. Dopóki jest ktoś, kto nam uwierzy, wstawi się za nami, opowie naszą historię, jesteśmy przynajmniej w jakiejś części ocaleni. Rzeczy niezbędne to również historia naszych osobistych walizek, emocjonalnych nadbagaży krępujących ruchy, od których dźwigania latami często pękają kręgosłupy. O tym, jak do życiowej walizki zmieścić tylko rzeczy niezbędne.