Przyjęcie z arszenikiem
41. edycję WFF otworzyło pierwsze amerykańskie dziecko naszego Jana Komasy. Jako miłośniczka Bożego ciała i Hejtera nie powiem – czekałam – i oczekiwałam. Debiut z międzynarodową obsadą to mokry sen niejednego reżysera, a jednocześnie grząski grunt, ryzyko utraty tożsamości, własnego języka – albo masz ciastko, albo zjadasz ciastko. Lanthimos jest tego najboleśniejszym przykładem. Jak jest tutaj?
Rocznica utrzymuje się w komasowym nurcie przyglądania się społeczeństwu trzymanemu na systemowej smyczy. Opowieść nie bez przyczyny rozgrywa się w dużej mierze w jednej lokalizacji: posiadłości zamożnego, postępowego małżeństwa: Ellen (przeboska Diane Lane) i Paul’a (Kyle Chandler). Para właśnie obchodzi srebrne gody. Na wystawnym przyjęciu zjawia się Liz (Phoebe Dynevor), nowa dziewczyna ich syna, Josha (Dylan O’Brien) – i jak się okazuje była studentka jego matki. Studentka nie byle jaka, bo o mocno konserwatywnych poglądach, które swego czasu doprowadziły do konfliktu między dwiema kobietami. Ellen zatem dość szybko zaczyna się gotować i podejrzewać, że obecność tradycjonalistki w życiu potomka nie jest przypadkowa – zwiastuje jakiegoś rodzaju zawłaszczenie, zmianę wypolerowanej struktury. Tymczasem Liz pracuje nad książką będącą zapowiedzią nowego, politycznego ładu – a jak wiemy niewiele trzeba, żeby słowo stało się ciałem.

Rodzina – jak i wspomniany dom – jest tu oczywiście metaforą Stanów Zjednoczonych – kraju będącego w trakcie rozkładu, toczonego przez raka, z przerzutami tak licznymi, że na leczenie jest już dawno za późno. Jest także metaforą systemu i rozszczelniania jego granic. Komasa szukając winnych obecnej sytuacji na świecie, wskazuje na obydwie strony. Na prawicowych fanatyków, którym udaje się porwać tłumy, ale też na elity regularnie pożyczające strój klauna od konserwatystów: deklarujące otwartość umysłu przy jednoczesnym zamiłowaniu do klasizmu i stawiania grubych kresek między sobą a resztą społeczeństwa; mające na ustach wolnościowe frazesy, ale rezerwujące tę wolność dla określonych grup.
Punktowanie bolączek współczesnego świata jest tu oczywiście trafne. Problemem są zbyt ostre krawędzie rysowanej dystopii. Kapitalizm nauczył nas, że przemoc nie musi mieć reżimowego, orwellowskiego wymiaru – że działa równie wyśmienicie, kiedy jest cicha i podstępna. W tym kontekście Rocznica wypada zatem jak zbyt dydaktyczna, przerysowana przestroga. Społeczny krajobraz i postaci są niczym wycięte z codziennej przebieżki po internecie. Każdy chce mieć rację, wszyscy skaczą sobie do gardeł, nikt z nikim tak naprawdę nie rozmawia, trudno kogokolwiek lubić – a jednocześnie zamiast się wylogować, dalej scrollujemy. Bohaterowie stanowią jedynie zero-jedynkową reprezentację danej idei, nie materię z krwi i kości. Najmłodszą latorośl, Birdie (Mckenna Grace), kamera ciągle zamyka w pozbawionych wyrazu półzbliżeniach, szukając iskry, która rozpali bunt. Komasa nie bawi się jednak w rewolucjonistę niczym Paul Thomas Anderson, nie diagnozuje rzeczywistości jak Radu Jude. Tło zostawia za kadrem, dzieląc historię na przedzielone latami segmenty i wrzucając nas w kolejne zakrzywienia rzeczywistości. Z każdym kolejnym rozdziałem nad domem pojawia się coraz więcej ciemnych chmur, śmiech i beztroska zamieniają się w złość i łzy, miłość w pretensje. Karty jednak można jeszcze odwrócić – pytanie za jaką cenę?
Rocznica nie daje przestrzeni tak widzom, jak i swoim bohaterom. Jednowymiarowe portretowanie rzeczywistości i brak niedopowiedzeń ograbiają film z wartości diagnostycznej. Brak wentyla bezpieczeństwa i śmiertelna powaga powodują, że całość przypomina fotografie chorób nowotworowych na opakowaniach papierosów. Niepalący i tak mają świadomość ryzyka – palący na te obrazki nie zwracają uwagi.