Moralne propozycje
Celine Song, reżyserka absolutnie nie moja, kolejny raz przygląda się dynamice miłosnego trójkąta: jest ona, swatka Lucy (Dakota Johnson), jest jej stara miłość, poczciwy, acz wiecznie spłukany i mieszkający nadal ze współlokatorami 37-letni John (Chris Evans), jest także jej nowa miłość – Harry (Pedro Pascal) – finansista z apartamentem za 12 milionów baksów. Kogo nasza sierotka Marysia wybierze wiadomo od początku (a nawet od trailera), w końcu tytuł ten ma strukturę komedii romantycznej. Jednak nie o złapanie króliczka chodzi, a o to co w międzyczasie, czyli o przyglądanie się „dziwnym zachowaniom dojrzałych płciowo mieszkańców dużych miast w okresie łączenia się w pary”.
Song mówi o rzeczach nad wyraz prawdziwych i oczami wyobraźni widziałam Carrie Bradshaw siedzącą z laptopem w oknie swojego nowojorskiego mieszkania, próbującą rozgryźć o co u licha chodzi w randkowaniu: „Czy strach przez nieznalezieniem partnera jest tak ogromny, że nie wystarcza już katowanie naszych ciał dietami i wielogodzinnymi treningami na siłowni? Czy aby zwiększyć pozycję na rynku matrymonialnym jesteśmy zdolni do bolesnych poświęceń w stylu operacji mających dodać nam kilka lub kilkanaście centymetrów wzrostu? Czy dziś wartość człowieka rzeczywiście wyznacza 15 cm w tą lub w tamtą?” Wartość jest tu zresztą słowem kluczem. „Czy naprawdę potrzebujemy drugiej osoby, żeby docenić siebie?” – zapytałaby Carrie.

„Materialiści” to film o tym, że staliśmy się produktami na sprzedaż, a randkowanie zamieniło się w twardy rynek, na którym często szukamy wyprzedaży: tego na co nas stać, jednocześnie frustrując się, że przecież zasługujemy na coś więcej niż przebrany już towar. Kapitalizm zmierzył w niezwykle przemocowy sposób naszą wartość, a nam, co Song dobrze pokazuje, wydaje się, że na miłość trzeba zasłużyć. Może dodatkowymi 15 centymetrami wzrostu, może BMI na poziomie 20 i metryką (ma być chuda i młoda), może apartamentem za 12 milionów (ma być bogaty, najlepiej obrzydliwie bogaty). Z pewnością przecież nie obskurnym mieszkaniem i brakiem perspektyw zawodowych w dojrzałym wieku. Mamy tu zatem także bajkę rodem z „Niemoralnej propozycji” Adriana Lyne’a – o dziewczynie, która musi wybrać między miłością, a luksusem, choć według mnie nie o luksus, a stabilność i sprawczość tu chodzi. W końcu to nie kasa sama w sobie kręci, ale to o czym mówi Lucy – brak wahania przy płaceniu za cokolwiek. Urodzonej i wychowanej w biedzie dziewczynie właśnie to daje poczucie bezpieczeństwa – i trudno się dziwić. Song jednak te ważkie wątki rozmienia na drobne, a raczej na elementy rom-komu, które mają dać nam jakieś poczucie „domknięcia”. Tylko po co stawiać kropkę nad tym i?
Problem w tym, że Song, to nie Bradshaw. I zamiast organicznych, zaczepnych przemyśleń, mamy sterylne, suche dialogi, wydestylowane i odcedzone z żywotności w scenariuszowym laboratorium, brzmiące niczym zlepek złotych myśli z Instagrama – jak idea, która ma się sprzedać. Czy mając w ustach wyuczone, skopiowane frazy, można być prawdziwym? Czy ci bohaterowie w ogóle żyją? Film rozpoczyna się przypadkiem „trudnej” klientki, której Lucy nie może znaleźć partnera. Ta trudność tkwi w jej przeciętności – wygląda „ok”, zarabia „ok”, osobowość ma „ok”, ale to „ok” nikogo nie przyprawia o dreszcze. W końcu normalność jest największą chorobą naszych czasów. Fotele psychoterapeutów uginają się od osób klienckich szukających wrażeń, mających problemy z akceptacją partnera, który jest zwyczajny i niedramogenny. Do takich nie napisano jeszcze instrukcji obsługi – albo była ona za mało atrakcyjna dla rynku. Tak samo jest z tym filmem – to okejka, z którą masz jedną randeczkę, a potem wracasz do serwowania menu na tinderze.
Materialiści / Materialists
Celine Song / USA, Finlandia / 2025
cast: Dakota Johnson, Pedro Pascal, Chris Evans